Fanów twórczości jest obecnie

piątek, 3 października 2014

Daria Galant

Jabłoń

Opowiadanie grozy
  

I

- Na czym polega różnica między kluczami a kluczami- zapytał Andrea, podając mi pęk kluczy i zamykając skrzętnie szklaną szafkę, gdzie podobnych pęków znajdowało się około tuzina.
Andrea prowadził agencję, która wynajmowała domy na wypoczynek takim jak ja. Znużonym wszystkim pracoholikom. Będącym w stanie psychicznego rozkładu, rozpadu i nihilizmu życiowego.
- Tylko się tam nie zabij w akcie desperacji i depresji i degradacji – powiedział Andrea, metroseksulany twór naszych konformistycznych czasów. – Bo to duży kłopot pod wynajem potem. A szkoda miejsca, bo ładne.
- Na folderze ładne – przyznałem niechętnie.- Ale nie wiem, czy dla mnie atrakcją jest ten ogród…
- Ogród jest piękny – przerwał mi Andrea, poprawiając dyskretnie opadające mu na biodra przyciasne spodnie w paski. Wyglądał w nich, jak klaun, ale to ponoć szyk mody i top trend.
„Masakra”- pomyślałem sobie, patrząc na to wszystko, łącznie z jego spodniami i ściskając w dłoni pęk chłodnych kluczy. – „Po co ja tam jadę i co ja tu robię?”- kontynuowałem myśl.
Zaraz jednak sam siebie uspokoiłem:
„ To tylko weekend”- nic więcej.- „Tylko jakiś marny, kolejny weekend. Zacznie się i się skończy. Jak to weekend. Nie ma się co rozczulać nad rozlanym już mlekiem”.
- Tak więc proszę cię o oddanie kluczy do domu z ogrodem do godziny dwudziestej w niedzielę. Ok.?- zakończył tonem o deweloperskim entuzjazmie. Czyli nijakim, sztucznym, pozbawionym sensów.
- Ok. – odchrząknąłem.
- Rozumiemy się?- chciał mieć jasność, że do zmierzchu w niedzielę rozliczę się z nim z kasy. Bo chyba nie o klucze tu tak naprawdę chodzi. A moje odchrząknięcie nie było wiarygodne, nie było wystarczające, ostatecznie słyszalne i pieczętujące wszystkie uzgodnienia.
- Tak jest! – wykrzyknąłem, jak w wojsku. Nieco przesadnie, ze zbyt dużym nerwem, złością, irytacją i nienawiścią do wszystkiego, co w tej chwili mnie otacza.
- Dobrze- Andrea rzekł spokojniej, tonizując mój żołnierski wybuch. – A więc do niedzieli- pochylił się przede mną, ja lokaj. Otworzył drzwi i po raz drugi się pochylając żegnał mnie wymachem ręki.
- Metroseksulany pajac- pomyślałem tylko, rzucając na niego okiem.
Wyszedłem. Ulica tętniła piątkowym zgiełkiem. Klucze w dłoni pobrzmiewały ochoczo.
- „Jadę”- pomyślałem.- „Jadę i już”. To tylko półtora dnia. Nic więcej.
Nie poddałem się stanowi swojej depresji. Nie tym razem. Wyruszam, chociaż mi się nie chce. Chociaż powinienem odpieczętować sobie butelkę koniaku i zanurzyć się w picie aż do sławetnej dwudziestej w niedzielę. Jednak podejmuję jakąś próbę z samym sobą. Podejmuje wysiłek poprawy samopoczucia. Podejmuje walkę o spokój i normalność. Dom z ogrodem mi pomoże. Da mi żyć. Oaza spokoju przyda się, jak zaklęcie na lepszą przyszłość.


Brak komentarzy: