Fanów twórczości jest obecnie

niedziela, 31 maja 2015

Opowiadanie grozy z nutą humoru

 

 

 Daria Galant

 

 

                                 Siedlisko


Antoś palił papierosa. Miał zadowoloną minę. To mu się zdarzało naprawdę rzadko: to znaczy i palenie i radość.
– Słuchaj – zaczął. – Nie można długo się namyślać. Inaczej wszystko pójdzie się walić – nigdy nie przebierał w słowach. Taki już był… z lekka obskurny.
- Muszę się zastanowić. To nie takie proste – zacząłem niepewnie. Z równowagi wytrącił mnie ten papieros. W pokoju wytwarzało się coraz więcej dymu i sytuacja stawała się oddechowo nie do wytrzymania.
- Nie ma nad czym frajerze – zachichotał. – Ja już podpisałem papiery w banku na pożyczkę. Za jakieś dwa tygodnie mam dostać gotówkę. A ty, skąd wytrzaśniesz forsę?
To było słuszne pytanie: skąd? Postawiłem jeszcze drugie: po co?
- Słuchaj – zacząłem niepewnie. – Nie wiem, czy chcę mieszkać na wsi...
- Kto by nie chciał. Teraz wszyscy chcą. Poza tym, kto ci każe mieszkać na stałe.
- Moje finanse. Nie stać mnie na prowadzenie dwóch domów.
- Jeden letniskowy, drugi w mieście. No wiesz, taki normalny styl życia nowoczesnego człowieka sukcesu.
- Jak już kupię, to zamieszkam na stałe. Nie mogę krążyć pomiędzy domami, bo nie będę mieć na benzynę.
- Jeszcze śmielsze posunięcie, niż moje – klasnął w ręce i zgniótł niedopałek w kryształowej popielniczce, stojącej na półce kredensu z epoki gierkowskiej w moim „normalnym” mieszkaniu. – Ja się nie zastanawiał. Biorę.
Znałem te słowa od lat. Razem kończyliśmy szkołę średnia, potem szkołę teatralną. Razem zostaliśmy magistrami sztuki, czyli aktorami. Razem mieliśmy marzenia: Szekspir, Wyspiański. Teraz razem pracujemy. To znaczy ja organizuję atrakcje na wesela a Antek w nich występuje. Jak twierdzi, w przeciwieństwie do mnie, pozostał wierny swojej aktorskiej profesji. No bo ja reklamuję nasze usługi, potem zbieram zamówienia, potem zbieram pieniądze od klientów, potem układam program artystyczny, tj. piszę teksty i dziergam choreografię…  A potem, już na próby, zapraszam Antka, podpisując  z nim umowę, którą mam w komputerze pod hasłem „Aktorzy”. Antek uważa, że zaprzedałem się branży biznesowej. Jest dumny, że on nie. Patrzyłem na to z przymrużeniem oka. Gdyby nie mój cyrograf z biznesem, byłby tylko numerkiem na liście płac w miejscowym urzędzie dla bezrobotnych.
- Stary ty wiesz, co to jest mieć dom na wsi – sięgnął do kieszeni i wyjął zmiętą  gazetę. – Ty wiesz, jak to człowieka wzmacnia psychicznie.
- Ale rujnuje finansowo – odparłem, jak ostatni zgorzknialec
- Ty znowu z tym „wężem w kieszeni” – zniecierpliwił się. – Myśl bardziej globalnie, otwarcie a nie ciasno, jak jakiś sarmata – nadął policzki, następnie otworzył szeroko usta i… na szczęście odchyliwszy głowę w bok, kichnął głośno i przerażająco. – Weź, przeczytaj tę ofertę – rzucił niedbale gazetę na okrągły stolik. Tym razem mebel z początku wieku, który o Gierku i wysokim połysku nie miał pojęcia, zadrżał pod wpływem gazety.
Podszedłem do antyku i wziąłem do ręki gazetę. W rubryce „Nieruchomości” widniała cała kolumna pisanych kursywą ofert. Za to jedna z nich zakreślona została przez Antka czerwonym flamastrem.
Sprzedam niedrogo siedlisko drewniane. Dzwonić po zmierzchu...
- Nie wiemy, gdzie to jest – przyczepiłem się szczegółu. – Tu jest tylko informacja o posesji. Nie możemy kupić czegoś, co będzie zbyt daleko od stolicy. Nie stać nas na nie mieszkanie w Warszawie.
- Co za absurd! -  Antoni prawie wrzasnął i jął nerwowo przechadzać się po pokoju. – Przecież i tak chałturzymy głównie pod Skierniewicami. Od lat, co ja mówię, nigdy nic nie przedstawialiśmy w Warszawie! – Walnął ręką  w połyskujący kredens. – Co nam z mieszkania w Warszawie!
Popatrzyłem na niego, jak cierpliwy psychiatra na pacjenta, spektakularnie odchrząknąłem, poczym zacząłem iść w kierunku przyjaciela wolnym, niezobowiązującym krokiem, cedząc po drodze słowa, które miały zapaść mu w pamięć na całe życie.
– Mój drogi, nikt nigdy nie wpuściłby nas na swoje wesele, nawet odbywające się w najgorszej dziurze pod Skierniewicami, gdybyśmy nie mieli na wizytówkach „living in Warsaw”. Nikt nigdy nie śmiałby się z naszych skeczy i nie prosił o bisy, gdybyśmy nie mieli warszawskiej rejestracji samochodowej – mój głos przybierał dramatyczną barwę. – W końcu nikt nigdy nie zapłaciłby nam dwóch tysięcy za jedną noc, gdybyśmy nie podawali banku z siedzibą w Warszawie – zatrzymałem się tuż przed nim. – Czy teraz rozumiesz sens naszych wyborów?
Spuścił oczy i zajął się obracaniem w dłoni dopalającego się papierosa. W pokoju zapanowała męcząca cisza.  Męcząca o tyle, że ciężko tak stać z facetem twarzą  w twarz i patrzeć mu intensywnie w oczy, jeśli jest się heteroseksualnym.
- Dobra – odparł wreszcie. – Masz rację, zgadzam się.  – Spojrzał tęsknie na zakreślony fragment rubryki „Nieruchomości”. – Ale, jako artyści, musimy mieć jakąś samotnię.
- Ty znowu swoje! – Ryknąłem i szybkimi krokami przemierzyłem pokój. Porwałem ze stolika gazetę. – Zadzwońmy i dowiedzmy się szczegółów.  Raz na zawsze wybiję ci z głowy to siedlisko, bo widzę, że żadne argumenty do ciebie nie docierają. Może finanse cię ostudzą i będzie spokój – chwyciłem słuchawkę telefonu, wiszącego nad stolikiem. Chciałem wykręcić numer, lecz Antoni, co najmniej jakbym posiadał w dłoni broń, nie słuchawkę aparatu telefonicznego, ruchem karateki obezwładnił mnie.
- Co robisz, do cholery! – Jęknąłem, zwalając się na podłogę.
- Przepraszam – poprawił poły zapinanego  na gigantyczne turkusowe guziki pulowera. – Tam było wyraźnie napisane „dzwonić po zmierzchu” – rozglądnął się konspiracyjnie po pokoju. – A jest jeszcze widno.


                                                                              *

Droga do Wnuczki Małej ciągnęła się przez wyboisty i popękany asfalt, około 250 km od Warszawy, już na terenie Lubelszczyzny. Co prawda mijaliśmy przepiękne lasy, lekkie wzniesienia z piasków, krajobrazy przepełnione nostalgią i spokojem, lecz w głębi nas samych czaiły się wątpliwości.
– To rewelacyjny pomysł, na jaki mogłeś wpaść od skończenia studiów – Antoś sięgnął po papierosa, przyciskając jednocześnie samochodową zapalniczkę. Tyle razy prosiłem go, żeby tego nie robił. Wyniszczał mi przecież akumulator a moje dwudziestoletnie BMW nie było już gotowe do poświęceń. Spojrzałem zatem na niego wymownie.
– Wiem, wiem stary – żachnął się. – Ale zgubiłem gdzieś tę  zapalniczkę, którą kupiłeś mi w kiosku. Zresztą – machnął ręką. – Była tania i o ile dobrze pamiętam, przestała działać.
- W zapalniczkach, nawet tych tanich, trzeba od czasu do czasu nabić gaz – odparłem.
- Dobra, dobra. Nie mędrkuj. Jak mnie dalej będziesz obrażać, to wysiądę – nadąsał się niczym kobieta.
BMW mknęło przez pustą drogę. Kiedy zboczyliśmy z drogi Warszawa – Lublin, jak do tej pory nie przejechaliśmy przez ani jedną wieś, czy miasteczko. Dlatego wywnioskowałem, że Wnuczka Mała może być miejscem, gdzie ludzie o zmierzchu palą świeczki a dzieci latają po polach odziane w płócienne koszule.
– Wracając do naszej rozmowy – podjąłem – Nie wiem, czy to był rewelacyjny pomysł. Właściciel tej sadyby był przez telefon jakiś dziwny.
- Co ty pleciesz – zachichotał Antoś. – Baba jesteś, czy uległeś psychozie pustkowia?
- Psychoza pustkowia? Co to znaczy?
- Psychoza pustkowia ma to do siebie, że człowiek, nie przywykły do miejsc odludnych, doznaje uczucia lęku na samą myśl, że  w koło nie ma zbyt wielu ludzi a ci, którzy są – w jakiś sposób przerażają go. Dzieje się tak dlatego, że nie rozumie, jak można mieszkać z dala od środowisk miejskich i nadal być normalnym.
- To jakiś termin psychiatryczny? – Zainteresowałem się.
- W pewnym sensie
- Tak, czy nie?! W terminologii nie istnieje pojęcie  „w pewnym sensie”.
Antoni podparł brodę dłonią, w której tlił się papieros.
– To mój termin – odparł, ściszając głos. – Nigdy nie uległem psychozie pustkowia, ale domyślam się, co czują szczury miejskie.
- Nie jestem szczurem miejskim – oburzyłem się
- Ależ ja nie mówię o tobie. Zresztą nie wiem, czy zapadłeś na psychozę pustkowia, czy nie. A przecież nie jesteś szczurem miejskim, bo jedziemy kupić na pół starą sadybę. To cię tłumaczy – zakończył spokojnie, ugodowo. Prze chwilę poczułem się ukontentowany, że nie zostałem sklasyfikowany przez znawcę psychiatrii jako „człowiek- szczur”. Zaraz jednak ocknąłem się, wietrząc intelektualną intrygę.
– Nie podpuszczaj mnie, do diabła – ryknąłem nagle, naciskając gaz do dechy. BMW zatrzeszczało w podstawach. – Nie wiem, czy wyłożę swoją połowę na to, co zobaczmy w tej Wnuczce. Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Rozumiesz!
- Rozumiem. Ależ oczywiście. Tylko, na Miłość Boską, zwolnij – chwycił się kurczowo drzwi od strony pasażera. – Jesteś zbyt porywczy – mruknął pod nosem. – Nie wiem, jak to wytłumaczyć…
Kurduplowaty domorosły doktor psyche.
Kilka minut jechaliśmy w milczeniu. Tylko kilka...
– Konradzie – głos Antoniego był uwodzicielski. – Kiedy wczoraj, po telefonie do Wnuczki Małej, rozstaliśmy się, poszedłem do domu...
- Co w tym dziwnego, że musisz to oznajmiać. O ile wiem nie jesteś typem małżonka uciekiniera. Zawsze po pracy wracasz do domu – odburknąłem.
- To prawda. Nie jestem – przyznał, modulując głos, który, z pewnością w jego koncepcji, miał brzmieć omdlewająco. Po tej próbie zrozumiałem, dlaczego od momentu obronienia dyplomu, żaden teatr w Polsce nie chciał dać mu etatu. Nie dostosowuje warunków do gry.
- Ale po przyjściu do domu zastałem Katarzynę płaczącą.
Katarzyna była żoną Antka od dziesięciu lat, czyli od momentu skończenia studiów. Ponoć od dziesięciu lat płakała dość często...
- Zapytałem, dlaczego jest smutna. A ona, no wiesz, jaka jest skryta – spojrzał na mnie, jak na starego kompana, który wie, dlaczego jego żona bywa smutna.
- No wiem – powiedziałem od niechcenia, nie dopuszczając, by rozpoczął wywód na temat psyche tej kobiety.
- Najpierw uciekła do łazienki, potem wyszła i zwierzyła się... – zawiesił głos.
BMW akurat pokonywało niewielkie wzniesienie. Wrzuciłem jedynkę, pamiętając incydent za mostem Dąbrowskiego w stolicy, gdzie chcąc siłą rozpędu wjechać na Miodową , ku mojemu zaskoczeniu a przerażeniu tych, co jechali tuż za mną, zacząłem się staczać, bo akurat wypadł mi bieg i nie chciał wejść a hamulce nagle przestały działać.
Charkot silnika umierającego pod małą górkę samochodu, nie zdołał zagłuszyć Antosia.
– Mówiła długo...
- „ I wolno” – dodałem w myślach, nie raz przeżywając katusze przy słuchaniu pani Antosiowej.
-  I wiesz, co się dowiedziałem...
- „Nad ranem” – nie mogłem opanować strumienia swojej świadomości.
- Dowiedziałem się, że ona dusi się w mieście!
- No nie! – Uderzyłem ręką o kierownicę. – Zlituj się! Jesteś tak napastliwy sytuacyjnie, że robi mi się niedobrze!
- Ale ona tak powiedziała! – Uderzył się ręką z papierosem w piersi. – Jak na ironię, prawda – wlepił we mnie swoje małe, z pozoru prawdomówne oczka. Ale ja go znalem lepiej, niż ktokolwiek na  świecie. Znałem go takiego, jakiego nikt nie znał a znać będzie ten, kto go zatrudni. Bo najlepiej można poznać człowieka, kiedy mu się płaci. Wtedy doskonale zaobserwuje się jaki jest, na ile go stać. Wie się, jak potrafi histeryzować i terroryzować, w jaki sposób podlizuje się przed świętami w oczekiwaniu na premię lub jak – już po świętach - obgaduje swojego pracodawcę na mieście. A wie się to z ust tych, którzy chcieliby się znaleźć na jego miejscu, którzy chcieliby, żebym płacić im, nie jemu. I  w ten sposób też poznaje się innych, tym razem jednak bez otwierania portfela. Bycie pracodawcą to jak bycie w powieści narratorem  wszechwiedzącym. Ma się cały ogląd sytuacji.
- Ty nie rozumiesz, co to znaczy mieć nieszczęśliwą żonę – załkał.- Nie wiesz, że  w małżeństwie trzeba myśleć o dwóch osobach, nie o sobie.
- Też myślę o dwóch osobach, chociaż nie jestem żonaty – zaznaczyłem, niechcący naciskając na klakson. Aż sam podskoczyłem na fotelu.
Antoni udał, że klakson go nie przestraszył. Zdradził go jednak nerwowo drgający kącik ust. Znałem to drganie doskonale: drgało zawsze, kiedy nie miałem dla niego wypłaty.
- Nie zapominaj, że mam Dianę – ciągnąłem. – Za nią myślę, troszczę się o nią, przez nią nie śpię po nocach.
- Diana to nie żona – odburknął. – Jak możesz porównywać ją z Katarzyną.
- A jednak nie żyję dla siebie – zaznaczyłem tonem belfra.
- Może nie żyjesz, ale małżeństwo ma inny wymiar. Tego wymiaru nie znasz i nie możesz nic powiedzieć o odpowiedzialności za kogoś po ślubie.
- Ale znam wymiar ojcostwa i mogę powiedzieć coś o odpowiedzialności po narodzinach.
BMW zalała salwa śmiechu.
- Błagam, przestań – Antoni zakrył usta rękawem. – Miej litość!!
Spojrzałem na niego z obrzydzeniem.
- Co to za śmiech. Jeśli nie przestaniesz, to zaraz zatrzymam się i cię wysadzę.
- Odpowiedzialność po narodzinach, odpowiedzialność... – powtarzał, wyjąc jak w transie.
Poczułem prawdziwą irytację. Z impetem nacisnąłem hamulec. Auto stanęło w miejscu.
- Wysiadka koleżko – miałem srogi głos i srogą twarz.
- No nie – spazmował. – Nie wygłupiaj się, Konrad. Chcesz mnie wyrzucić? Niby za co? Że wiem, jak było, kiedy urodziła się Diana – jego chichot stawał się coraz bardziej diaboliczny. – Wszyscy z naszego roku wiedzą, jak było. Komu wciskasz kity? Staremu kumplowi.
- Nie jesteś żadnym kumplem! – Krzyknąłem.
- Jak to nie? Pewnie, że jestem. Nie wyprzesz się- rżał ze śmiechu, jak paskudny satyr.
- Kiedyś byłeś. Teraz jesteś moim pracownikiem! – Mój wrzask chyba doleciał do Wnuczki Małej. Zadałem cios ostateczny w próżną osobowość nieudacznika.
Antoś spoważniał. Chwilę milczał. BMW toczyło się leniwie starym asfaltem.
- Ach tak – powiedział w końcu i powolnym ruchem zaczął otwierać drzwi BMW-icy. – Zatem do widzenia panu – również powoli zabrał się za wysiadanie. Pomogłem mu w tym, zatrzymując auto.
- Żegnam – rzuciłem szorstko i kiedy upewniłem się, że całkiem wysiadł, ruszyłem  z kopyta, zostawiając go, jak mniemam, w tumanie kurzu.
Zardzewiałą tablicę z napisem „Wnuczka Mała” minąłem sam…

                                                                     *

Od czasu naszej kłótni upłynęły trzy miesiące. Kupiliśmy po połowie sadybę w „Małej” – jak skrótowo mieszkańcy nazywali osadę. Nie wyszło drogo, ale i nie nabyliśmy tego za darmo. Drewniany dwór alkierzowy wymagał generalnego remontu. Na to stać nas już nie było. Przynajmniej na razie. Mimo to ze spokojem można było spędzać tam każdą wolną chwilę, nie martwiąc się o przyszłość budynku. Nie było w końcu aż tak źle.
Obok niby dworku, bo była to raczej solidnie rozbudowana wiejska chata,  stały zabudowana gospodarskie. Z remontem można było poczekać jeszcze ze dwa lata. Przestałem żałować, że to kupiliśmy, choć przez pierwszy tydzień od podpisania umowy sprzedaży, nie mogłem spać. Coś mi mówiło, że to zły interes i że cała ta Wnuczka wyjdzie nam bokiem. Okazało się zgoła co innego. Świadomość posiadania na Lubelszczyźnie własnego gospodarstwa, dawała mi wiele energii na warszawskie życie. Antoś i Katarzyna również zdawali się być w lepszych nastrojach i małżeńskich relacjach.
Do kupna gospodarstwa przekonał mnie całkowicie właśnie Antek. On miał Katarzynę i być może plany na posiadanie z nią dziecka. Ja miałem 13 - letnią Dianę, owoc seksu na imprezie w akademiku Wyższej Szkoły Pedagogicznej we Wrocławiu. W związku z tym musiałem coś jej po sobie zostawić.
Dom był najlepszym pomysłem.
„Jak będzie chciała to go sobie kiedyś sprzeda” – myślałem, jadąc wąską drogą, która prowadziła wprost do Wnuczki Małej.
Było parne lato. Ja i Antek jako, że mamy urlop  w tym samym czasie, postanowiliśmy spędzić dwa tygodnie w nowym domu. Po raz pierwszy. Katarzyna pojechała na wczasy na Hel a Diana, jak to określiła, nie miała ochoty na wakacje w „jakiejś dziurze”.
- Powiedziała mi, że TO GÓWNO  nie wakacje – skarżyłem się Antkowi podczas jazdy.
- Co za słownictwo – przyznał. – Plugawe. Wulgarne.
- Mówiła, że nie będzie się jej opłacać malować, bo i tak nikogo nie ustrzeli a wsiuny jej nie interesują – ciągnąłem relację z przedwakacyjnego spotkania z córką, nerwowo przerzucając biegi.
- Co za wartości! – Antoś był oburzony. – To skutek mieszkania z Kariną – zapalił papierosa. Zapalniczką  z kiosku. Od czasu kłótni zrozumiał, kto jest głową tego duetu.
– Zawsze ci mówiłem, że Karina to kretynka.
- Nie przesadzaj – mrugnąłem oczami, jakby ktoś nagle sypnął mi w nie piaskiem. – W końcu skończyła tę pedagogikę.
- Co ty gadasz – Antoni zaciągnął się dymem. – Jak zaszła, to zarwała studia. Nie pamiętasz, jak było? – Spojrzał na mnie zdziwiony. – Przyszła z brzuchem na zajęcia z dykcji do akademii. No co, naprawdę nie pamiętasz?
- Przestań już. Muszę skupić się na drodze – burknąłem zniecierpliwiony. Nie lubię wspomnień.
Antek widocznie mnie nie usłyszał.
– Ty udajesz, że jej nie widzisz a ona z tym bębnem przed tobą. Wszyscy się gapią, nawet profesor. I czekają, co będzie – zarechotał z satysfakcję. – A ona „ty, dzieciorób widzisz, jak umiesz uprawiać seks. Jaki jesteś dobry w antykoncepcji? Więcej takich, jak ty, to trzeba będzie broni biologicznej, by zredukować zaludnienie na świecie, bo się wszyscy nie pomieszczą”. Pamiętam te słowa, jak dziś. Mocna była w gębie ta Karina. Teraz też taka? – Otworzył okno i wydmuchiwał dym na zewnątrz.
- Nie wiem. Rzadko ze sobą rozmawiamy.
- No co ty? Nie wiesz, czy dalej taka prostaczka?
- Nie wiem – dodałem gazu. BMW zatrzęsło się.
- No a jak przychodzisz po Dianę, to nie rozmawiacie ze sobą?
- Raczej jej nie ma. Diana czeka na mnie sama – wyjaśniłem oględnie a ciśnienie skacze mi w górę. Czuję suchość w ustach i puls w skroniach.
Antek gwizdnął:
- No to jestem pełen uznania
- Dziękuję – odparłem, lekko redukując prędkość.
- Nie dla ciebie – zaskrzeczał przeciągle. – Dla niej. Myśleliśmy, że przypnie się do ciebie, jak rzep. No wiesz, pod pretekstem ciąży. A ona ambitna – wydął wargi. – Nie chce cię widzieć. No no no – uchylił znowu okno.
- Zamknij do cholery to okno – warknąłem.- Wieje mi w ucho
- Przecież na dworze jest upał...
- Zamknij, do cholery, bo cię... – opamiętałem się w porę. Jechaliśmy  w końcu drugi raz w życiu do naszej posiadłości.
To była szczególna chwila. Nie można takiej chwili nieopatrznie zdeptać. Antek znowu uniósłby się honorem  i wysiadł. Potem, jak poprzednio, spotkalibyśmy się w sadybie i nie odzywalibyśmy się do siebie przez dwa dni.
Tak właśnie było zeszłym razem. Po co powtarzać scenariusz konfliktu.
Chyba tylko dlatego, że byliśmy pokłóceni, nikt z nas nie protestował, kiedy właściciel dyktował warunki sprzedaży. Również w milczeniu podpisaliśmy umowę, bo żaden nie chciał się pierwszy odezwać. Po sprzeczce zawsze miewaliśmy ciche dni. Nawet na studiach. I tak naprawdę niezbyt dokładnie przyjrzeliśmy się domowi i okolicy. Byliśmy zbyt zacietrzewieni, by zachowywać się normalnie. Dopiero teraz mieliśmy tak naprawdę zobaczyć nasze włości. Bez negatywnych emocji.
- Wtedy byłeś kimś – ciągnął swoje samochodowe wynurzenia Antek. A ja dla dobra urlopu nie wylałem go z BMW-icy. – Student elitarnego wydziału aktorskiego. Z przyszłością. Zahaczyło się babsko o wielki świat.
Chciałem, żeby ta podróż dobiegła końca. Siedlisko miało mnie ukoić.
- Jak urodziła Dianę, niezłe były numery – klepnął mnie po ramieniu, jakby opowiadał fantastyczny dowcip. – Pamiętasz, jak nie chciałeś przyznać się do ojcostwa. A ona do sądu. A ty w sądzie twardo” nie jestem ojcem”. No to ona badania genetyczne. A ty wtedy „pass”. – westchnął. Myślałem, że się zmęczył smętną opowieścią. Ale nie..
- Studia się skończyły i trafiła na lepszego, a my wszyscy chodziliśmy po urzędach pracy szukając byle jakiego zatrudnienia. Skończyła się elita i wielki świat. Za murami szkoły byle straganiarz w dobrym aucie przerastał nas o głowę. No i tak jest do dzisiaj – nachmurzył się, jak dziecko.
„Trochę refleksji nad sobą dobrze mu zrobi” – pomyślałem.
On jednak nie analizował siebie.
– Mądrze robi, że się z tobą nie spotyka. No bo po co? Sławny to ty nie jesteś, aktor już też nie...
- A niby dlaczego nie aktor! – Wybuchnąłem
- Na menadżerstwo przeszedłeś – zreflektował się Antoś i puścił do mnie przyjazny półuśmiech. – To już wyższy stopień zawodowy.
Krajobraz za oknami BMW-cy piękniał. Słońce świeciło jasno a my wjeżdżaliśmy akurat na drogę do Wnuczki Małej, mijając zardzewiały napis informujący, o nazwie wsi.
Narastało w nas podniecenie. Oto bowiem mieliśmy wjechać do przyszłej siedziby naszych pokoleń. Do miejsca, gdzie zostawimy najpiękniejsze wspomnienia. Warto było nabyć tę sadybę, chociażby dla właśnie takich refleksji. 
Ukradkiem spojrzałem na Antka. Patrzył urzeczony na fragment płotu, jaki otaczał nasz dom i przyległe do niego gospodarstwo. Pomyślałem, że dobrze zrobiliśmy, kupując to razem. Bez jego poręczenia nie dostałbym kredytu.
Wszystko w przyrodzie ma swoją kolejność, logikę i sens. Związek dwóch kredytobiorców też.
Wnuczka Mała składała się z kilku chałup oddalonych od siebie o jakieś pół kilometra. Nasza chałupa była ostatnia a graniczyła z piaszczystą drogą, prowadzącą do lasu.
- Cicho i bezludnie – Antoś wyskoczył z samochodu i otworzył bramę, bym mógł zaparkować w środku. – Tu artyści i – spojrzał na mnie – menagerowie – mogą  wypoczywać!
BMW zatrzęsło się w posadach. Wjechałem do wnętrza naszych włości.
Kiedy wyłączyłem silnik zapadła idealna cisza.
- Cudnie, cudnie – mruczałem, wysiadając z auta. – Chce się żyć.
Rozglądnąłem się. Podwórko było wręcz potężne.
Stodoła w dobrym stanie, wkoło znajdowały się drewniane budynki gospodarcze z grubych, soczystych bali, kryte impregnowaną strzechą.
– Przypuszczam, że cały koszt tego gospodarstwa, to ta strzecha – wskazałem palcem na archaiczne cudeńko.
- Ten gospodarz nawet coś wspominał, że robił nowe dachy i że poszedł z torbami – zaznaczył Antek.
- Głupi jakiś. Kto mu kazał – zaśmiałem się nonszalancko. – Wiesz brachu, ile to forsy, pokryć tyle dachów impregnowaną strzechą? Kupa, dosłownie kupa!! Tyle wydał a sprzedał za bezcen... Głupi jakiś.
- No, no. Nie taki bezcen. Oj nie. Musiałeś wziąć kredyt- przypomniał mi Antek.
- Boże mój – zniecierpliwiłem się. – Ale 60 tysięcy za takie coś – zatoczyłem ręką krąg po włościach. – To przecież bajka.
Przyznał rację.
Do obiadu, na który byliśmy zaproszeni przez sąsiadkę z najbliższej chaty, było trochę czasu. Spędziliśmy go na zwiedzaniu terenu. Stajnie i obora były nawet w dobrym stanie.
Chata mieszkalna: drewniana, w środku z lekka podniszczona, ale da się wytrzymać jeszcze parę lat. Przed generalnym remontem, który być może nigdy nie nastąpi.
Wkoło łąki: soczyste i piękne.
 – Dziękuję – wyciągnąłem w stronę Antka rękę.
Popatrzył zaskoczony.
– Dziękuję, że mnie do tego namówiłeś – wyjaśniłem. – Gdyby nie twoja determinacja, nic byśmy z życiu nie mieli.
Spuścił skromnie oczy.  Zauważyłem w tym geście przepiękne studium pantomimy. Razem skończyliśmy kurs jakieś osiem lat temu.

                                                                                  *
Nasza chata nie była wielka, ale i nie mała. Na dole obszerna kuchnia. Na górę prowadziły strome schody. Jak drabina. Tam mieściły się trzy pokoje i skromna łazienka. Co do trzeciego pokoju mieliśmy jeszcze stoczyć spór. Na razie każdy z nas zajął sobie jeden. Ja – z oknem wychodzącym na posesję. Antoś, motywując lękami i obsesjami artystycznymi, z małym tarasikiem wychodzącym w stronę łąk i pół.
Wywnioskowałem, że jego pokój jest ładniejszy. Moim zdaniem należał mi się jeszcze ten drugi, nazywany trzecim.

Obiad w pani Stasi przebiegał w nerwowej atmosferze nieznajomości. Gospodyni była zawstydzona naszym widokiem, my przejęci jej zawstydzeniem
Mimo wszystko gotowała dobrze.
- Właśnie tak wyobrażam sobie wiejski obiad – zachwycał się Antoś, chcąc rozładować atmosferę. – Schaboszczak z zasmażaną kapustą. Niebo w gębie!.
Stanisława patrzyła z niedowierzaniem.
- Normalne żarcie- wzruszała obojętnie ramionami.- Mój stary mówi, że nie dobre
- Kim był poprzedni właściciel? – Zapytałem.
- Taki sobie pasożyt – wzburzyła się. – Wszystko mu przychodziło z łatwością. Z niczym się nie liczył. Nie liczył się też ze swoją żoną, Anulą. No to go pogoniła na cztery wiatry, jak do wsi zajechał Polonez z handlem obwoźnym. A jak! – Gospodyni podparła się pod boki. –  Obrotna baba była. Ubrała się w strój od kościoła i ruszyła do handlowca. A że Waldka nie było w chałupie, bo chodził po kominkach, zaciągnęła handlowca do wyra i tam zbałamuciła. No i wyjechała z nim pod wieczór. Chłop nie miał wyjścia. Bałamucił, to musiał wziąć. No i się skończyło – zatarła ręce. Jakoś okrutnie. Z prostaczkowatą zawziętością.
- Po co były gospodarz, to znaczy pan Waldek odnawiał zagrodę, jak to wszystko sprzedał- w myślał dodałem „tak tanio”.
- Skąd wiecie, że odnawiał? – Zapytała zbyt gwałtownie. W jej głosie zabrzmiał strach. Znieruchomiała na chwilę, aż schabowe na patelni zaczęły smażyć się w oparach czarnego dymu.
- Widać – odparłem. Szybko odwróciła się za siebie i zaczęła  przekładać kotlety. Zaklęła przy tym siarczyście.
Procedura  walki z jedzeniem trochę trwała. Kłęby brązowych fal nad kuchnią trudno było przegonić.
- Znacie się tu wszyscy? – Zapytałem ponownie.
- Nikt stąd od pokoleń nie wyjechał – kobieta, jak w transie, ciągnęła poprzedni wątek.
Nikt nie sprzedał swojej ziemi, nikt nie śmiał opuścić tych terenów – prawie krzyknęła.
- Nie śmiał? – Zdziwił się Antoś. Ochoczo nabrany kawałek kapusty opadł lekko z widelca.
- Nikt nie chciał – poprawiła kobieta i odwróciła się w stronę Antosia z uśmiechem. – Może jeszcze kotlecika?
- Nie, nie. Zjadłem już dwa. Dziękuję. – burknął, jakby obrażony.
- Pani Stanisławo, droga sąsiadko – podjąłem wątek braterski. Powietrze w kuchni gęstniało. I to chyba nie za sprawą spalenizny. – Mamy nadzieję, że społeczność Wnuczki Małej przyjmie nas z radością, jako nowych mieszkańców.
Kobieta patrzyła tępo.
- To znaczy w żaden sposób nie chcielibyśmy zastępować we wsi pana Waldka, nie mamy takich aspiracji – zauważyłem, że Antoś spogląda na mnie z ironią. O tak, czułem się podle. Z każdym słowem. Podlizywałem się do tępej baby. Błagałem ją o litość. Żebrałem o przyjaźń. Wiłem się, jak piskorz. Ohyda. Miałem dość.
- Panie drogi – gospodyni wydęła pulchne wargi. – Co pan z taką mową. Od nas to nie zależy. Co to my? Bogi jakieś? Kupiłeś pan od Waldka sadybę, to ją pan masz. Nie nam osądzać, co i jak.
- A komu, droga pani? – Uśmiechnąłem się uprzejmie. – Wy tu przecież na swoim.
- Na swoim może i tak – burknęła z głębokim westchnięciem. – Ale nie do nas decyzja.
- Przepraszam, jaka decyzja? – Chrząknął Antoś. We wzroku miał czający się niepokój.
- A tam – machnęła ręką. Niby niedbale. Od niechcenia. Również zauważyłem jej udawaną irytację. – Tacy jacyś wy jesteście dokładni. Człowiek szkół nie ma a wy za słowa chwytacie. A tu człowiek i obiad dał i ugościł czym miał. Na nic to. I tak człowiek po głowie dostanie, jak pany zjadą. O dostanie – zaczęła nagle szlochać. Od spazmów trzęsły się jej utyte ramiona.
Rzuciłem widelec, który z nienaturalnym brzękiem uderzył o talerz. Zupełnie tak, jakby ktoś dodał efektu dźwiękowego do momentu upadania sztućca.
Podbiegłem do kobiety i objąłem ją serdecznie.
– Dość już, już wszystko dobrze – głaskałem z obrzydzeniem tłuste, długie włosy. Ręka mi zdrętwiała i przestałem czuć cokolwiek. O, jak dobrze. Mózg wyłączył receptor dotyku. Kochany mózg. Pomyślał! Jak mnie odciążył!
- Dobra już panie, dobra. Starczy czułostek, bo jeszcze stary wejdzie i dopiero pany się tu nie zaklimatyzują – po trzech minutach odepchnęła moją dłoń. Widziałem, że niechętnie. Spojrzała na mnie zaczepnie.
- Kończ pan tego kotleta i z domu mi – krzyknęła w stronę Antoniego. – Robota czeka, nie mogę gościć i gościć.
Antoś zerwał się do stołu  i milcząc opuścił ostentacyjnie kuchnię. Chciałem zrobić to samo, ale gospodarskie łapska chwyciły mnie za pośladek.
- A pan, kochany Konradzie, zawsze tu mile widziany. Jak stary w gnoju będzie robił, to wskocz pan na malucha.
- Przepraszam, na jakiego malucha. Nie rozumiem tutejszej gwary – wycedziłem i zapragnąłem, by dotknięty pośladek odpadł od mojego ciała na zawsze.
- No, na setkę gorzałki. A co? Nie znasz pan, co to „maluch” – szepnęła szelmowsko. – O, to dobrze świadczy. Dobrze...Do dużego pan przyzwyczajonyś…
Uśmiechnąłem się do niej wręcz służbowo, jak do gości na weselach i pospiesznie wyszedłem z kuchni. Byle najdalej od umizgów poczwary.
Na ganku czekał Antoni. Palił nerwowo papierosa. Był roztrzęsiony.
- Boże, Boże!! Co my tu robimy – ukrył głowę w moich ramionach. – Jakie prostactwo. Dokoła prostactwo! Warcholstwo zaatakowało.
- Przestań, babo cholerna! – Wrzasnąłem, bo nie wytrzymały mi nerwy. W zasadzie ten krzyk adresowany był jeszcze do sytuacji w kuchni. Ale tam nie starczyło mi odwagi. Pchnąłem nieszczęśnika w stronę płotu i splunąłem na ślad po bucie, jaki zostawił na trawie.
– Co to ja jestem! Dziwka miejscowa!? Każdy mnie obłapia i obmacuje! Kto chce podchodzi i ślini się w mój rękaw! Wara ode mnie! Zrozumiano!- Wrzeszczałem opętany a grymas nienawiści wykrzywił mi twarz.
Antoni patrzył ze zdziwieniem. Zmienił wyraz oczu i w jednej chwili stał się człowiekiem wielkomiejskim, któremu od rana dopisuje dobry humor.
- O.K. – rozchylił usta w amerykańskim uśmiechu. – No problem. Tylko wyluzuj się.
Wyszliśmy z gospodarskiego obejścia i ruszyliśmy w stronę swoich włości.
On pogwizdywał nonszalancko, ja szedłem obolały psychicznie.
Powoli zbliżał się wieczór. Liczyłem na ukojenie w oparach dobrych papierosów i paru kieliszeczków wódczanego likieru.
Cieszyłem się na noc. Niebo. Melodia odcieni granatu, niezmącona cisza. Wszystko było takie piękne. Takie dziewicze. Kochałem wieś od zawsze. Ogólnie. A teraz przyszła kolej na dojrzałą miłość – do wsi konkretnej: Wnuczki Małej.

Chociaż było lato, obawialiśmy się, że w nocy zmarzniemy. Narąbałem trochę drzewa. W wiklinowy, koszu po panu Waldku, zaniosłem do kuchni.
Antoś już siedział przy starym stole. Również po panu Waldku. Jadł kanapkę z serem, która została mu z drogi. Na szczęście nie po panu Waldku.
Uderzyłem koszem o twarde klepisko.
– Ruszyłbyś się, do cholery – powiedziałem miękko. – Tylko ja tu jestem gospodarzem?
- Och, przestań. Proszę – odparł. Widocznie był w przyjaznym nastroju. Brakowało mu jedynie niewielkiej pacyfki, zawieszonej na przykład na szyi, czy przytwierdzonej niedbale białą nitką do klapy wypłowiałej marynarki.
– Nie bądź taki nerwus. Żyjmy w spokoju. W porozumieniu.
Spojrzałem na niego z ukosa. Wrednie i podejrzliwie.
On wstał, przeszedł lekko w stronę okna, zamknął je z gracją i z powrotem zajął miejsce przy stole.
– Żeby komary nam nie naleciały – wyjaśnił po chwili. – Bo będzie nieprzyjemnie spać.
W duchu przyznałem mu rację. Zza okna usłyszałem kojące cykanie świerszczy.

Wieczór zagościł na dobre. Stara lampka, zawieszona nad stołem, nie dawała aż tyle światła, na jakie liczyliśmy. Musieliśmy dodatkowo rozjaśniać pomieszczenie świeczkami, które na szczęście zabraliśmy ze sobą z warszawskich domów a raczej sklepów.
To dziwne uczucie, siedzieć gdzieś na końcu świata, z dala od cywilizacji i normalności, w ornamentyce przyrody i słuchać jedynie jej odgłosów. Dziwne, ale i cudownie oczyszczające. Poczułem, że po urlopie będę jak nowonarodzony. Jak przepiękne dziecko i najlepsze zjawisko  w buduarze stołecznego zgiełku.
Odetchnąłem. Głęboko.
Antoni zaczął kaszleć. Okruch chleba utkwił mu w krtani. Histerycznym gestem pokazywał, żebym uderzył go w plecy. Uczyniłem to. Z niekłamaną satysfakcją.
Potem nastał spokój.
Siedzieliśmy. Trochę milczeliśmy, trochę dyskutowaliśmy. Żaden z nas nie chciał ranić drugiego. Ani obrażać. Ani wyśmiewać. Ani dowartościowywać. Dyskusja była spokojna i wyważona. I dorosła – jak nigdy.
W atmosferze sympatii przegadaliśmy około sześciu godzin. Antoś zaczął ziewać. Ja nie.
- Chyba położę się – powiedział. – Jakoś mnie wzięło. Wyśpię się a jutro zwiększę swoją wydajność w siedzeniu z tobą.
- Nie bądź taki. To pierwsza noc w naszej wiejskiej posiadłości. Takich nocy nie będzie już więcej. To jedyna szansa, by się nią rozkoszować. Jedyna! – Zawołałem. Nie chciało mi się spać a mój jedyny kompan zapragnął mnie opuścić. Nie mogłem na to pozwolić. – W butelce nie jest pusto.
Machnął rękę.
 -  To co. Nie chce mi się nawet pić – burknął. – Nic mi nie pomoże. Nawet mnie na namawiaj.
- Ale może jeszcze...
- Przestań! – wstał zdecydowanie od stołu. – Idę spać. I koniec!
Ruszył w stronę schodów, pewny swego i na tyle zmęczony, by nawet nie powiedzieć mi „dobranoc”.
Zniechęcony wyjrzałem przez okno.  Ciemności nocy, rozrzedzone w okolicach gospodarstwa, gęstniały pod lasem. Nagle wśród tych gęstniejących ciemności dostrzegłem niewielkie światełko.
- O! – Zawołałem w stronę schodów, po których gramolił się na górę on. – Widzę światełko. Pod lasem!
Burknął coś niemrawo. I chyba się potknął.
Światełko stawało się coraz większe i jaśniejsze. I zbliżało się w stronę naszego domu z ogromną prędkością!
Coraz bliżej, coraz bliżej...
- O Jezu! – Wrzasnąłem wszechogarniającym skowytem. – O Jezu!!
- Co? Dlaczego tak wrzeszczysz? – W głosie Antoniego brzmiała groźba. – Zawsze musisz wzbudzać we mnie poczucie winy. Zawsze! Człowiek nie może nawet spokojnie położyć się spać. No nie może! – Znudzony i ściekły schodził ze schodów i wracał do kuchni. – Taki niby jesteś twardy. Taki super. A zachowujesz się czasami jak baba. Jak... – zamilkł, kiedy znalazł się w kuchni.
Zobaczył bowiem moją twarz.
Bladą, przerażoną, wykrzywioną grymasem histerycznego lęku.
- Co znowu? Co? – Jęknął.
- J... jeździec! Jeździec z pochodnią... – wybełkotałem drżącymi wargami.
Antoni znieruchomiał. Na chwilę. Potem ocknął się, sądząc zapewne, że to kolejna aktorska próba zatrzymania go w kuchni. Podszedł odważnie do okna. Najpierw spojrzał  na mnie lekceważąco, potem przyłożył nos do szyby...
- Chryste! – Zawołał, odskakując w głąb kuchni tak energicznie, że potrącił krzesło, które z łoskotem upadło na ziemię. – To jeździec! Z pochodnią!
Patrzyliśmy na siebie przez minutę. Bez słowa. W tle towarzyszył nam nasilający się tętent końskich kopyt.
Wiem, o czym myśleliśmy.
Słabe, nie wyremontowane okna. Zamykane jedynie na haczyki. Szklana szyba. Wystarczy tylko pchnąć, by spalić chatę na szary tlący się jeszcze nad ranem pył.
Rżenie konia - tuż tuż.
Stukot zdenerwowanych kopyt. Krople piany z pyska na naszych słabych szybach. Huk wariującej, wściekłej pochodni.
Ręka z pochodnią sięga w stronę okna. Z ciemności wyłania się zarośnięta twarz jeźdźca, w futrzanej, wysokiej czapie. Wali silną dłonią w okna. Chata trzęsie się, jakby była z kawałków tektury. Puk, puk, puk.
- Co robimy? – Pytam odrętwiałego przyjaciela. – Na Boga, co robimy?
- Nie wiem – szepcze. – Nie wiem. Może trzeba uciekać. Może on chce nas zabić...
- Ale dlaczego? – Pytam, jak dziecko. – Przecież jesteśmy aktorami. Nic nie zrobiliśmy... – prawie płaczę. – Nawet przy własnych karierach... – mój szloch zagłusza koński charkot.
- Może dlatego chce nas zabić – Antoni cały drży. – Bo może to duch. Jakieś nasze alter ego. No wiesz, jak u Wyspiańskiego w „Weselu”.
- Otwierać, otwierać! – Jeździec wali w okno i woła ochrypłym, przerażającym basem. – Otwierać  panowie, na miły Bóg!!
Po czole Antoniego spływa kilka kropel potu. O, chyba nie. To woda z kranu. Bo Antoni zdążył zmoczyć twarz zimną wodą.
- Pomyślałem, że może jestem zbyt pijany i mam halucynacje – szepnął. – Ale ten jeździec nadal tam jest! – Wskazał palcem na okno.
- Jest. Faktycznie – stwierdziłem ponuro.
Tętent końskich kopyt ogarniał wnętrze chałupy. Wirował po belkach i wdzierał się pod schody.
– Otwierać, do diaska, bo się zdenerwuję! – Krzyczał jeździec. – Otwierać!
Koń rwał się, szalał, stawał na tylnych kopytach. Pochodnia migała nam przed oczami, jak latarnia morska w ciemnościach.
- Głupcy! – Krzyczał jeździec. – Jak śmiecie nie otwierać!
- Słuchaj – powiedziałem do Antka. – Może faktycznie trzeba otworzyć. Może coś się stało na wsi i oczekują od nas pomocy? – Zbliżyłem twarz do okna. Wyjrzałem.  Od czarnego, wielkiego i dzikiego pyska konia dzieliła mnie cienka szyba. Futrzana czapa mężczyzny odbijała blask księżyca.
- Co chcecie? – zapytałem w jakimś sensie gwarą. – O co chodzi?
Jeździec nabrał wodze i ustawił konia w miejscu. Zwierz rzucił grzywą i naraz uspokoił się.
- Panie! – Krzyknął. – Panie! Na Boga jedynego! Starosta...
- Co starosta? – Zawołałem. – Poza tym jaki starosta? – To pytanie skierowałem już do Antka.
- Panie miłosierny! Starosta Wombricz!- Grzmiał jeździec.- Starosta Wombricz!
- No co starosta Wombricz! Wykrztuś pan w końcu, bo tracę cierpliwość! – zacząłem odzyskiwać pewność siebie, widząc przerażoną twarz jeźdźca w czapie.
- Starosta Wombricz wstaje z grobu! – Głos jeźdźca najpierw zawirował, jak oszalały, następnie załamał się. Nastała straszna cisza. 
- Kurde – spojrzałem pobladły na Antka. – Starosta Wombricz wstaje z grobu - wybełkotałem niepewnie.
Antek wykazał w tej okropnej sytuacji zimną krew.
- Zapytaj, gdzie ten grób – rozkazał twardy głosem, patrząc na mnie metalicznym spojrzeniem.
- A gdzie ten grób? – Zawołałem w stronę okna.
Koń, spieniony i oszalały, parskał prosto w szybkę, przez którą patrzyłem.
- Pod waszą chatą! – Zawył przybysz i rzucił się galopem przez ugory traw, prowadzących w stronę lasu.
- E, panie! Stój pan! Co jest! Chyba należą nam się jakieś wyjaśnienia! – otworzyłem natychmiast okno i wołałem za uciekającym, ale nie słyszał. Bądź słyszeć nie chciał.
Kiedy odgłos galopujących kopyt ucichł na horyzoncie, opadłem na krzesło.
- Boże jedyny, o co chodzi? – Zapytał raczej sam siebie Antoni. – Jaki starosta? Jaki grób?  A poza tym, co to za facet! Przyjeżdża dziwnie ubrany, zakłóca nam spokój, gada jakieś głupoty a potem ucieka. To mi się nie mieści w głowie.
- Mnie też – przyznałem. Byłem w szoku. Czułem, że za chwilę puszczą mi nerwy. Świadomość, że pod chatą ktoś wstaje z grobu, paraliżowała mnie. I chociaż brzmiało to absurdalnie, miało znaczenie dla mojej podświadomości i świadomości również.
- Wyjaśnijmy sytuację. Tak być nie może – stwierdził Antoni i usiadł naprzeciwko mnie, zakładając nogę na nogę. – To nasza posiadłość, nasz majątek i nikt  nam tu nie będzie wstawał z grobu! – Widać, że był świadom posiadanych dóbr i czuł do nich całkowite prawo własności.
Po tych słowach deski pod naszymi stopami zatrzęsły się. Zafurkotało pod nimi powietrze.
- Boże! Co to? – Antoni patrzył na mnie, żądając racjonalnych wyjaśnień.
- Jak to co! – W oczach miałem łzy przerażenia. – Starosta Wombricz wstaje z grobu!
Kuchenną izbę zalał odór grobowej stęchlizny a przestrzeń dźwiękową przesycił nadludzki charkot umarłej bestii.
Zerwaliśmy się z krzeseł. Tak bardzo nie chcieliśmy uciekać.
Tymczasem podłogowe deski drżały, jak plecy spazmującego płaczka, a krzesła, na których przed chwilą siedzieliśmy, poupadały na boki. Kubki zsunęły się w podskokach ze stołu, roztrzaskując się o wyrwy w podłodze.
- Co robimy? – Zapytałem cienkim, niemal wykastrowanym z lęku głosem. – Co robimy, przyjacielu!?
- Jak to co! – Wrzasnął przyjaciel basem pełnym testosteronu. – Spierdalamy!!
Po tych słowach rzuciliśmy się w stronę drzwi wyjściowych. Były już lekko zawalone na skutek drżenia domu w posadach.  Jednak udało nam się jej otworzyć. Wybiegliśmy do sieni. Tam zastaliśmy powybijane okna i ledwo trzymające się ściany, ramy okienne.
- Szybko, szybko – pchałem plecy Antoniego. – Szybko, no już !
W końcu znaleźliśmy się na dworze.
Przeskoczyliśmy niski płotek i biegliśmy w stronę wsi piaszczystą, ciemną i niewidoczną w nocy drogą.
Pukaliśmy w okna domostw, waliliśmy w drzwi. Błagaliśmy o schronienie, powołując się na boskie miłosierdzie i dobrą wolę człowieka. Nic nie pomogło. Mieszkańcy Wnuczki Małej wygasili światła w domach i pozasłaniali firany bądź okiennice. Nikt nie udzielił nam pomocy.  Nawet gospodyni, w której w dzień jedliśmy obiad. Wyjrzała tylko przez lufcik w oknie i szeptała ze zgrozą, że nas nie wpuści, bo starosta przyjdzie do niej i zrówna z ziemią jej sadybę.
Zapytaliśmy więc, o co w tym wszystkim chodzi, bo dla nas, ludzi XXI wieku cała sytuacja była, oczywiście, upiorna, ale i absurdalna. Kobieta szeptała przez lufcik, że poprzedni właściciel pan Waldek rozgniewał starostę, opuszczając dom nad jego grobem na zawsze, choć od pokoleń nikt nie śmiał tego uczynić, mimo strachu, jaki niewątpliwie towarzyszył mieszkańcom siedliska na końcu wsi. Bo parę wieków temu umierający starosta kazał się złożyć pod chatą swojego najwierniejszego sługi i przyrzec, że ów a potem jego potomkowie, będą czuwać nad spoczynkiem pana. Tymczasem Waldemar sprzedał włości i uciekł z Wnuczki, łamiąc dane ongiś – nie przez niego, ale dane - słowo. 
Nie mając wyjścia, piechotą ruszyliśmy w stronę, z której niedawno nadjechaliśmy pełni szczęścia, z wiarą w nowe życie.
Wędrując w ciemnościach, od czasu do czasu widzieliśmy światło pochodni, migające między drzewami w lesie i wołający z oddali głos jeźdźca:
- Uciekajcie, uciekajcie stąd! Starosta powstał z grobu! Biada nam wszystkim! Biada!
Nad ranem dotarliśmy do głównej szosy. Zmarznięci i wycieńczeni, cztery godziny czekaliśmy na lokalne połączenie z Lublinem. Z Lublina pociągiem dostaliśmy się do Warszawy. Obolali i przerażeni.
Beemwicę wchłonęła ziemia, która rozstąpiła się, gdy starosta wstawał z grobu. Zostaliśmy bez samochodu i z kredytem do spłaty. Do Wnuczki Małej nie pojechaliśmy już nigdy. Tydzień po incydencie  w Życiu Warszawy daliśmy ogłoszenie:
 Sprzedamy bardzo niedrogo siedlisko drewniane.
Siedlisko drewniane kupił od nas jakiś malarz. Potem zadzwonił tylko jeszcze raz: opowiedział o panu Waldku i obiedzie u wiejskiej gospodyni. A potem słuch po nim zaginął.

                                                       Koniec

wtorek, 5 maja 2015

Sztuka "Całun" Darii Galant- fragment

Za wrażliwość i zadumę
za tych błędów ludzkich sumę
co przychodzi ciemną nocą
przez dostatek i z pomocą
Jest poeta obnażony
cyklem zdarzeń odurzony
Siedzi w ciemnych dziurach świata
swój niepokój wódą łata
A te stany są przeróżne
w dużej mierze cieżkie, próżne
Jest poeta tym zjawiskiem
nadzwyczajnym myśli błyskiem
Jest poeta pępkiem świata
dziury w ludzkich serca łata
fot. Ania Obielecka
Jerzy Łuszcz- aktor
Pracownia Literacka Darii Galant
Długosiodło Folwark